Granada w Nikaragui. Zbliża się osiemnasta. Całe niebo płonie. Jestem oczarowana, ba!, kompletnie pochłonięta przez ten spektakl (reż. Matka Natura, scenariusz: Życie). Mój ciężki, przybrudzony tobołek w końcu ląduje na ziemi. Rozprostowuję nogi. Robię jeden przysiad ,potem drugi. Zastawiam się nad pajacykiem. W ciągu kilkunastogodzinnej podróży z Kostaryki moje ciało jest jakieś zdeformowane. Głowa mi pęka, oczy wychodzą z orbit. Balansuję na granicy jawy, snu, filmu.
Z miłego otępienia wyrywa mnie Neil Young i każe mi szukać „heart of gold”. Myślę sobie, że ta piosenka idealnie pasuje do zachodu słońca, a może na odwrót… Ktoś mnie szturcha. Bohater drugoplanowy dzisiejszego odcinka – podpity pan w średnim wieku. Uśmiecha się od ucha do ucha i śmiało wypowiada swoją kwestię. Niewiele z niej rozumiem, ale wyłapuję słowo-klucz. Papieros!
Chce papierosa! Słuchamy razem Neila. Palimy. Delektujemy się dymem jak największym delikatesem.
A jeszcze 10 minut temu siedziałam w żółtym autobusie z plastikowymi siedzeniami, z kilkuletnią dziewczynką na kolanach. W powietrzu unosił się zapach smażonych platanów, a z wysłużonych głośników leciał Król Popu. Nikt nic nie mówił. Jechaliśmy nie więcej niż 60 km/h — przez pół kraju.
Podróż do Granady z Tamarindo (Kostaryka) trwała całą wieczność i kosztowała niecałe $4. To były najlepiej wydane $4 w moim życiu. Ani przez chwilę nie rozważałam autokaru z klimatyzacją i Wi-Fi. Nie pozwoliła mi na to pulsująca za uchem żyłka odkrywcy. Co takiego mogłoby mnie zaskoczyć w luksusowym wehikule pełnym Amerykanów?
Za każdym razem, kiedy słyszę „Heart of Gold”, przenoszę się do Granady. Podziwiam pomarańczoworóżowe chmury i odpalam señorowi fajkę.
Warto wspominać, na nowo wywoływać te same zdjęcia. Utrwalać.