Do Ho Chi Minh przyjeżdżamy kilkanaście minut przed północą (podróżuję z dwójką przyjaciół). Bez problemu docieramy do hotelu, w którym wita nas uśmiechnięta recepcjonistka. Pokazujemy jej dokumenty, płacimy.
– Mieszkałam 2 lata w Europie. Dania, Niemcy, ale tam była wielka nuda. Bardzo wielka. Postanowiłam wrócić tu, do mojego ukochanego Sajgonu — mówi na widok naszych paszportów z flagą Unii Europejskiej urocza recepcjonistka w hotelu. Zapowiada się ciekawie.
Rzucamy plecaki na pryczę z płytą betonową zamiast materaca i ruszamy w miasto. Czas zapełnić skręcone z głodu żołądki. Kroczymy wolno i ostrożnie jak niedoświadczeni skauci po ciemnej jaskini. Nie wiemy, czego się spodziewać. Jesteśmy zmęczeni, spoceni i podekscytowani.
Jest tu wszystko. Mydło, powidło. Suszone ryby, pająki, skorpiony, papierosy o smakach nie z tej planety. Szczury w spokoju penetrujące przepełnione kosze. Migoczące neony. Bezpańskie psy, koty. Żebrzące kobiety z niemowlakami przyssanymi do piersi. Mnóstwo rowerów, skuterów, zdezelowanych samochodów. Knajpy z jedzeniem i piwem — większość szczelnie wypełniona Australijczykami, Brytyjczykami, Niemcami i Chińczykami. W powietrzu czuć zapach marihuany, której posiadanie jest tutaj surowo zabronione.
Kleimy się do ulicy. Zupełnie jakby przeszła przez nią fala Coca Coli. Nasze mózgi nie radzą sobie z taką ilością bodźców. Po krótkiej naradzie w języku migowym siadamy w jednej z przyulicznych „restauracji”. Zamawiamy cokolwiek i jak jeden mąż wlepiamy oczy w lokal naprzeciwko. Nie podoba nam się to, co widzimy. – W życiu tam nie pójdziemy. Co tam się dzieje… Głośna, niekulturalna szarańcza. I jeszcze ten kiczowaty, niebieski neon — wydusiłam z siebie resztkami sił. Kolejny wieczór spędzimy właśnie w tej „ohydnej” knajpie. Ten kolejny wieczór będziemy długo wspominać.
Sajgoński chaos jest pozorny. Nic nie jest tu dziełem przypadku. Codziennie o tej samej porze, na ulice wyjeżdżają te same kobiety, na tych samych rowerach, sprzedające te same suszone ryby. Między nimi krzątają się dobrze wszystkim znani uliczni krętacze i dilerzy. Po kolei zaliczają każdy bar, klub, stolik, krawężnik — towar sam się przecież nie sprzeda. Maszyna całkiem sprawnie działa.