Szerokie ulice z wąskimi chodnikami. Na chodnikach jedzenie w każdej postaci: świeżutkie, w połowie skonsumowane, gnijące i to już dawno strawione. Wokół żarcia kręcą się miauczące i szczekające szkieletory, szczury, myszy, gołębie, cwane wróble. Ludzie stąd i nie wiadomo skąd. Wokół ludzi komary — cholera wie z czym. Co kilka metrów miejska kloaka z warzywami i owocami w ostatniej fazie życia. Całość przełamana jaśminem. Podoba mi się tu. Rangun pokochają poszukiwacze ekstremalnej, wielkomiejskiej azjatyckiej egzotyki.
Ale leje!
Pora deszczowa w dawnej stolicy Mjanmy to nie przelewki. Sześć miesięcy obfitego deszczu, od maja do października. W sierpniu spada tu ponad 500 mm wody (Warszawa najwięcej opadów notuje w lipcu i jest to zaledwie 70 mm). Stoję na środku ulicy, przykryta kawałkiem dziurawej ceraty i testuję wszystkie znane mi metody na opanowanie rosnącej we mnie frustracji. Dla kogoś, kto z trudem akceptuje letni kapuśniaczek, birmańska ulewa to koniec świata.
Co kupisz?
Ranguński handel ma w sobie coś z magii, zwłaszcza w chińskiej dzielnicy (ulica Dziewiętnasta — kocham). Co kawałek zobaczysz tu wózki z szaszłykami, śmierdzące grille na kółkach i mobilne nalewaki z piwskiem. Bez problemu kupisz: największe na świecie papaje, ananasy, duriany, arbuzy, mango, mangostany, salaki; ciuchy, chustki, plastikowe suweniry i oryginalne rękodzieło; tajemnicze mikstury do pielęgnacji ciała, kosmetyki niewiadomego pochodzenia – podobno z organicznym składem.
Jaki korek?
Korki? Dla kogoś, kto z trudem akceptuje kilometrowy sznur samochodów na czerwonym, godziny szczytu w Rangun to koniec świata. Podróż z China Town na Dworzec Autobusowy Aung Mingalar zajmuje ok. 3 godziny i kosztuje zaledwie 8 dolarów. Czas to pieniądz?
Zajrzyj: Rangoon Tea House (sałatka z liście zielonej herbaty), Dziewiętnasta ulica w China Town (brudek, harmider, jarmark).
Tekst powstał we wrześniu 2017 roku. Wiele mogło się od tego czasu zmienić.