Gdyby Walencja była człowiekiem, pracowałaby w barze z nietuzinkowymi koktajlami. Przyjeżdżałyby do niej tłumy barmanów z całego świata, żeby chociaż przez chwilę zobaczyć ją w akcji, żeby zamoczyć język w jej nieoczywistych miksturach. Krytycy kulinarni rozpisywaliby się o jej talencie na łamach tych wszystkich prestiżowych kulinarnych magazynów. Byłaby zagadką nie odgadnięcia, tajemnicą owianą morską bryzą, pytaniem otwartym bez klucza odpowiedzi. „Tony” Bourdain, gdyby żył, na 100% zrobiłby o niej program, może nawet by się z nią zaprzyjaźnił.
Flagowym drinkiem Walencji byłby oczywiście El Valenciano na bazie czerwonego wina z dodatkiem owoców morza tyle co wyłowionych z wody, nektaru ze słodkich jak miód pomarańczy, z solidną szczyptą soli. Kompozycja orzeźwiająca, słoneczna, intrygująca, staro-nowoczesna, niejednoznaczna, miejscami rustykalna. El Valenciano zdetronizowałby Agua de Valencia, słynny na cały świat walencki napitek z soku z gorących pomarańczy, ginu, wódki, hiszpańskiego wina musującego z odrobiną cukru.
Walencja to trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii (802 tys. mieszkańców w granicach administracyjnych, 1.6 mln w granicach metropolii), kompromis między wykończoną nadmierną turystyką Barceloną a zmęczoną poważnymi obowiązkami stolicą. Walencję założyli Rzymianie w 138 r. p.n.e. Dziś to miejsce, gdzie „nowe” ze smakiem wtapia się w „stare”, gdzie do transformacji terenu podchodzi się z kreatywnością i otwartością.
Przykład? Ogrody Turii – park w dawnym korycie rzeki o powierzchni około 110 hektarów i długości 9 km. Kosztowna inwestycja, ale zwróciła się już wiele razy. Turia w przeszłości niszczyła zabudowania mieszkalne i zakłady produkcyjne. Zabierała na tamten świat nie jednego mieszkańca. W 1957 roku miarka się przepełniła (Wielka Powódź Walencji) i generał Franco obiecał rozwiązać problem raz na zawsze.
Ogrody Turii powstawały prawie trzy dekady. To naprawdę fenomenalne miejsce, oaza spokoju w zarobionym sercu miasta. Na całej długości dawnego koryta rzeki znajdują się boiska, skateparki, place zabaw (w tym jeden z gigantycznym Guliwerem z powieści Jonathana Swifta). W granicach parku rozrasta się także Miasteczko Sztuki i Nauki (Ciutat de les Arts i les Ciències) — zachwycające futurystyczne obiekty architektoniczne projektu Santiago Calatravy i Felixa Candelli. Wspomnieć też należy Oceanarium (Oceanogràfic de València) — największe akwarium w Europie.
Walencja to siła, stara zabudowa, nowoczesność, pomarańcze, palmy, oliwki, rowery, morze i spokój. Polecam odwiedzić ją zimą, najlepiej tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Mniej turystów, więcej luzu, dodatkowe atrakcje (odkryte lodowisko z próbującymi utrzymać pion Hiszpaniami, świąteczne ozdoby, ogromne choinki y mucho más).