Patrzę na jabłko, które kupiłam w supermarkecie. Na pierwszy rzut oka idealne – czerwoniutkie, kształtne, wielkie. Jednak, kiedy biorę je do ręki okazuje się śliskie, brudne i tłuste. Pewnie jeszcze zielone zostało zerwane z drzewa i wysłane w siną dal, czyli do mnie, do Łodzi. Było dość tanie – PROMOCJA! To jabłko mówi do mnie same smutne rzeczy – nienażarty konsumpcjonizm, kapitalizm, współczesne relacje międzyludzkie, zdrowie. Spróbuję je mimo wszystko zjeść.
—
Patrzy na jabłko, które zerwała przed chwilą z czterdziestoletniej, przydomowej jabłoni. Obie są doświadczone przez czas – mają powykręcane, kruche ręce i zgrubiałą, gdzieniegdzie popękaną skórę. Wgryza się w owoc, ostrożnie, żeby nie połamać zębów i od razu przenosi się do czasów, kiedy miała 25 lat. Podwórko wyglądało wtedy inaczej. Dom nie był ogrodzony, a w kojcu koło domku gospodarczego, leniwie przeciągał się owczarek niemiecki. Dzieci bawiły się w chowanego. Ona rozwieszała pranie, przegryzając kwaśną „Papierówkę”. Żyła pełną piersią.
—
Patrzy na jabłko, które lekko wystaje z kieszeni żołnierza. Nie jadła nic od czterech dni. Głód zdążył się już w niej rozsiąść. Siedzi cichutko w kącie i marzy. O tym, jak to jabłko wypada z kieszeni żołnierza, a on tego nie zauważa i odchodzi. Wtedy, w tej wizji, rzuca się na owoc jak wąż na biedną mysz i pod podartą sukienką przemyca je w okolice śmierdzącej latryny. Nie zjada go od razu. Długo na nie patrzy i zastanawia się jak to jest nie musieć o nim marzyć.