Santa Cruz było jego błogosławieństwem i przekleństwem zarazem. Znał na pamięć wszystkie parkometry w mieście. Potrafił odróżnić krzyki wygłodniałych mew od wrzasków ludzi z wesołego miasteczka. Kiedy ktoś pytał go, kim jest, nie wiedział. Był trochę surferem, trochę pracownikiem niewielkiej restauracji serwującej najlepsze fish tacosy na wybrzeżu i trochę człowiekiem uwikłanym w nie do końca zdrową relację z piaskiem, wodą i czasem.
Czy był szczęśliwy? To pytanie nie dawało mu spokoju. Poranek tamtego pamiętnego dnia wyglądał jak zawsze. Wstał przed ósmą, wypił kubek kawy z mlekiem, ogolił się, przeczesał rękami swoje lśniące blond włosy i wyszedł do pracy. Czekała go dwunastogodzinna zmiana w knajpie. Czy w tym czasie wolałby być w oceanie? Oczywiście!
Dorosłość go bolała. Rachunki, czynsz, samochód na kredyt. Droga do Dream Ocean Dine zajmowała mu średnio 15 minut. Słuchał wtedy radia albo rozmawiał przez telefon z mamą. Była jego przyjaciółką, w zasadzie jedyną, jaką miał. Kiedy parkował swojego ukochanego, wymuskanego Dodge’a przed wejściem do Dream, poczuł na sobie czyjś wzrok. To nie było normalne spojrzenie. Wpatrywała się w niego kobieta. Najpiękniejsza jaką dotąd widział. Nie znał się na znakach zodiaku, ale pomyślał, że to musi być Wodnik. Cała była niebieska, łącznie ze skórą, oczami, paznokciami. Czy to jedna z tych nowych artystek ulicznych zatrudnionych przez Boardwalk?
Uśmiechnął się do niej nieśmiało z nadzieją, że przestanie się na niego gapić. Kobieta nawet nie mrugnęła, natomiast kąciki jej pełnych, sinych ust uniosły się lekko do góry. – Dave, czy ty jesteś szczęśliwy? – zapytała. Poczuł jak zalewa go beton.
Ludzie przechodzili obok niego jak gdyby nigdy nic. Wgryzali się w swoje tłuste hamburgery, rozmawiali o pogodzie, robili zdjęcia palmom pod słońce. Niebieska ruszyła w jego stronę. Jej krok był hipnotyczny, wolny, poza czasem jak piosenka odtwarzana od tyłu. Stanęła tuż przed nim i dotknęła jego skamieniałego policzka. Wtedy zaczął się rozpadać.
Kiedy podniósł swoje ciężkie powieki, siedział w trzecim rzędzie ogromnej sali kinowej. Na ekranie zobaczył siebie, stojącego przed Dream z jakąś kobietą. Była śliczna, ale budziła w nim niepokój. Nagle obraz zaczął skakać. Usłyszał głośne wrzaski ludzi z parku rozrywki i krzyki wygłodniałych mew. Otulił go słodko-słony zapach oceanu. Rozejrzał się dookoła i zobaczył setki błękitnych postaci o tych samych twarzach.
– Dave – powiedziały chórem – czy ty jesteś szczęśliwy?
Znów był w Santa Cruz. Miasto lata świetności miało za sobą. Połamane parkometry leżały na ulicach, po plaży walały się śmieci, a przerośnięte mewy kołowały nad nimi jak sępy. Po legendarnej restauracji z najlepszymi tacosami na wybrzeżu pozostał tylko szyld: D ea d z dopiskiem Na wynajem. Jednak nikt nie był zainteresowany ofertą, mimo naprawdę niezłej lokalizacji. Dave mimowolnie spojrzał na swoje dłonie – były niebieskie. W głowie szumiały mu urywki jakiejś kiepskiej, radiowej audycji i zapętlone pytanie mamy: Synku, a czy zjadłeś śniadanie?. W tym świecie każde wspomnienie było jak moneta wrzucona do oceanu, a on nie był już trochę surferem, tylko trochę nurkiem.
Pracował w Happy Bite, burgerowni niedaleko Broadwalk, do której co tydzień przychodziła Niebieska. Nic nie zamawiała. Tylko wpatrywała się w niego. Zawsze przed wyjściem, pytała…