Portret

Lola

Karol, lat 49

Wędrowiec pośród myśli spotyka depozytariuszkę ostatecznej prawdy.

I

Kamper Loli jest boski w pełnym tego słowa znaczeniu. Wygląda trochę jak muzealny eksponat a trochę jak prototyp supernowoczesnego karawanu. Powstał w stajni Augiasza przy burzliwej współpracy: Hermesa, Heliosa, Nemezis, Filotes, Demeter i Aiona. Jedyny taki egzemplarz na Ziemi.

 

Lola też jest boska. Ma długie, kręcone włosy muśnięte słońcem; zgrabny, zadarty nos ozdobiony piegami; szmaragdowe, iskrzące oczy; naturalne, ponętne usta; mocno zarysowane kości policzkowe; nogi długie do nieba i pełne piersi. Jak na depozytariuszkę ostatecznej prawdy przystało, z dumą powozi swój pojazd, a uśmiech rzadko schodzi jej z twarzy. 

 

W innym życiu byłaby gwiazdą srebrnego ekranu, z milionami dolarów na koncie i garstką wysoko postawionych, obrzydliwie bogatych przyjaciół. Mieszkałaby w Kalifornii z trzema ochroniarzami, kucharką i ogrodnikiem w ogromnej posiadłości z pięcioma sypialniami i basenem do nurkowania. Codziennie upijałaby się Dom Pérignon, paląc w kominku tysiące nieprzeczytanych listów od fanów. 

 

Wczoraj o 10:16 skończyła 46 lat. Zatrzymała się na stacji benzynowej. Zamówiła sobie cynamonowe latte na krowim mleku i czekoladową muffinkę z bardzo sztucznym kremem. Zdmuchując niewidzialną świeczkę, pomyślała życzenie, żeby ziemskiej tradycji stało się zadość. Zatankowała do pełna, zmierzyła ciśnienie w oponach i ruszyła dalej. 

 

Tym razem bogowie wysłali Lolę na południe Polski w Beskid Niski, czyli w pasmo górskie w Karpatach położone między przełęczami Łupkowską na wschodzie a Tylicką na zachodzie. Urocze. Piękne. Zielone. 

 

Kiedy w końcu zjeżdża z nudnej, ciągnącej się w nieskończoność autostrady, zdejmuje nogę z gazu, wrzuca niższy bieg i uchyla okno. Jedzie wolno jak stara lokomotywa i podziwia pofalowany horyzont z pagórkami porośniętymi wysoką trawą, dzikimi, powykręcanymi jabłoniami, rozrośniętymi akacjami na poboczach oraz bezkresnymi polami soi.

 

Wciąga do płuc świeże powietrze o zapachu rozgrzanej ziemi i polnych kwiatów. Szerokie obwodnice z każdym kilometrem zwężają się, a wybrukowane chodniki znikają. Za kilkadziesiąt minut Lola nie będzie już podróżować sama. Zabierze pierwszego pasażera.

 

Karol, Staszek, motor

Karol, lat 49, urodzony w Poznaniu, w drodze od kilku lat, wędrowiec pośród myśli.

 

Stoi obok przystanku autobusowego ze wzrokiem wlepionym w przepełniony kosz. Nerwowo pali papierosa. Lola zwalnia, żeby dać mu czas na podniesienie kciuka. Jednocześnie czuje jak ekscytacja wypływa z jej podbrzusza, wlewa się do trzewi i zalewa całą klatkę piersiową. Mężczyzna wsiada do środka, rzuca plecak pod nogi i rozpina spraną, dżinsową kurtkę.

 

Czuć od niego drogą, ogniskiem i wiatrem. Pół godziny jadą w milczeniu. Karol nie wie, jak zacząć rozmowę. Lola nie chce nic przyspieszać.

– Ech. Życie zaczyna się po kawie. Dziś jeszcze żadnej nie piłem — powiedział, patrząc przed siebie. – Skąd pani jest? Nie zwróciłem uwagi na tablice — zagaił. Nie skomentował kampera.

– Z zaświatów — odpowiedziała i niewinnie zachichotała. – Kawa jest w tym zielonym termosie za siedzeniem. Proszę się częstować — dodała.

 

Po drugim kubku Karolowi rozwiązuje się język. Urodził się w Poznaniu jako trzeci syn Marii i Zygmunta Jabłeckich, małżeństwa wziętych adwokatów pochodzących z Gorzowa Wielkopolskiego. Dzieciństwo miał beztroskie. Co chciał, to miał, podobnie jak jego starsi bracia, Janek i Staszek. Razem byli jak Trzej Muszkieterowie. Wychowała ich babcia na spółkę z panią Helą, gosposią zatrudnioną do pomocy w kuchni. Rodzice prowadzili kancelarię i często wyjeżdżali. Żeby jakoś zrekompensować dzieciakom swoją permanentną nieobecność, zasypywali je prezentami przez calusieńki rok. Najnowsze rowerki, traktorki, resoraki, plecaki, markowe ubrania, konsole do gier, komputery z górnej półki, sprzęt audio. 

 

Janek i Staszek poszli na studia prawnicze w Warszawie, ku uciesze matki i ojca. Staszek ukończył. Janek nie — zginął tragicznie w wypadku motocyklowym. Miał 20 lat. Po odejściu Staszka nic już nie było takie samo. Różany ogród matki zarósł chwastami, korniki zżarły altanę, a na werandzie zagnieździły się węże. Dom pokryła gruba, czarna jak smoła warstwa smutku. Zmienił się też Karol — zgorzkniał, sczerstwiał, zmalał. Za to, co się stało, winił rodziców. To oni kupili mu ten cholerny, za szybki motor. Dużo by dał, żeby jego rodziców nigdy nie było na niego stać, żeby wiedli proste, spokojne życie daleko za miastem.

 

Zaraz po maturze Karol wyprowadził się do Gdańska. Całkowicie zerwał kontakt z Poznaniem. Janek nigdy mu tego nie wybaczy.

Maria i Zygmunt zmarli 15 lat po śmierci Staszka. Według lekarzy Marię zabrał glejak, a Zygmunta rozległy zawał serca. Ale tak naprawdę wykończyła ich utrata dwóch synów.

 

Lola zjechała do zatoczki autobusowej. Karol spojrzał na nią pytająco i automatycznie sięgnął po plecak.

– Nie, nie. Nie chcę pana tu wysadzać. Mam propozycję, ale musi mi pan zaufać — powiedziała przyciszonym głosem. 

– Nie bardzo rozumiem. Nie przepadam za niespodziankami — odparł, mimo wszystko zaintrygowany. 

– To nie jest zwykły kamper. To portal do innego wymiaru. Kiedy włączy pan to radio — tłumaczy, wskazując palcem czarny radioodbiornik z podziałką — i ustawi częstotliwość 110 MHz, przeniesie się pan do świata, w którym pana rodzice są rolnikami i wiodą skromne życie od pierwszego do pierwszego. Tak jakby pan chciał.

 

Mężczyźnie zasycha w gardle. Jedyne, co mu przychodzi do głowy, to podziękować tej wariatce za podwózkę i jak najprędzej zniknąć w gęstych chaszczach. 

– Kiedy będzie pan chciał wrócić do kampera, wystarczy przesunąć suwak na 100 MHz. To proste — przekonuje Lola.

 

Karol normalnie ma pomarszczoną od papierosów, żółtą skórę. Teraz jest blady jak piekarz po nocnej zmianie. Lola nie spodziewała się innej reakcji. Daje Karolowi kilka minut, żeby mógł nieco ochłonąć.

– Taaa, jasne. Nie wiem, co pani dziś brała, ale to musiał być dobry towar. Nie jestem tylko pewien, czy może pani po tym prowadzić — ironizuje, patrząc w sufit. – Ale niech pani będzie… – dorzuca, śmiejąc się nerwowo, po czym zaczyna kręcić gałką: 88, 96, 105, 110 MHz.

II

Lato na wsi czasem odpoczynku, relaksu i przyjemności nie jest, bynajmniej nie dla rolników. Na szczęście państwo Jabłeccy mogą liczyć na pomoc najstarszego syna, Janka, który jutro skończy 20 lat. Chłopak od małego rwał się roboty. Trudno było go upilnować. Kiedy miał 3 lata, uciekł ciotce Helce i wlazł do budy Saby, wielkiego owczarka podhalańskiego. A że Saba był psem stróżującym z powołania, akcja odbicia Janka trwała kilka godzin i zakończyła się sukcesem, głównie dzięki interwencji doktora Lubicza.

 

Staszek to zupełne przeciwieństwo Janka. Cechują go spokój, opanowanie i rozwaga. Nie przepada za gospodarstwem. Już w piątej klasie szkoły podstawowej wiedział, że nie zostanie w Starym Sączu, że po maturze wyruszy w świat. Z kolei najmłodszy z całej trójki, Karol, to wrażliwy mól książkowy o długich, delikatnych palcach i nosie Chopina. Z siekierą w ręce wygląda jak błąd w Matrixie. 

Chłopców więcej dzieli niż łączy, ale w momencie zagrożenia skoczyliby za sobą w ogień. Wcale nie muszą się rozumieć, żeby się kochać: “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.   

 

Karol z kampera Loli szedł przed siebie dłuższą chwilę. Bez celu. Aż w końcu przycupnął na drewnianej ławce przed bramą dwupiętrowego domu z zielonym, blaszanym dachem. Odłożył radyjko i jęknął z zachwytu, gapiąc się w brzoskwiniowe niebo z różowo-fioletowymi smugami. Dawno takiego nie widział. Jest tuż po zachodzie słońca. Pasikoniki rozpoczęły swój koncert. Ciepły, południowy wiatr o zapachu najdroższych francuskich perfum otula Karola jak ciepły koc. Gdyby się odwrócił, zobaczyłby niewielki ogródek z pomarańczowo-miedzianymi różami angielskimi. Ale na razie siedzi jak zahipnotyzowany i gapi się w świat. Tak inny od tego, w którym dorastał. 

 

Kompletnie stracił poczucie czasu i przesiedziałby na tej ławce resztkę swojego nędznego życia, gdyby nie starszy pan idący w jego kierunku. Facet wygląda zupełnie jak jego ojciec. Jest nawet tego samego wzrostu! Tylko ręce ma inne — spuchnięte, porysowane, z palcami powykrzywianymi od roboty jak stare gałęzie.

 – Zgubił się pan? – zapytał, zdejmując sprany kaszkiet. – Mogę gdzieś podwieźć albo zaprosić na herbatę, domowe wino, bimber — zaproponował bez wahania.

Karol nie ma pojęcia jak zareagować. Zamiast odpowiedzieć, skinął głową, zgarnął radioodbiornik i wstał. – Zygmunt jestem, miło mi. Proszę, proszę. I ruszyli w stronę domu. 

 

– Ale pan trafił, panie Karolu. Mój najstarszy syn ma jutro urodziny. Będziemy świętować. Przyjadą koledzy z miasta, sąsiedzi przyjdą, ale to jutro. Dziś tylko ognisko i akordeon. No i może trochę bimbru. 

 

Karol omiótł wzrokiem podwórko. Od razu zauważył Janka i Staszka, znoszących drewno i ich matkę zaganiającą ptactwo do kurnika. Pan Zygmunt przedstawił tajemniczego gościa, po czym podał mu taboret. Zaraz rozpalą ognisko i poleją sobie schłodzony w studni bimber. Karol będzie pożerał każdą sekundę tego spotkania jak wygłodniały wilk owcę, aż ogarnie go złość. Tak bardzo by chciał, żeby…

 

Kiedy pan Zygmunt zobaczy grymas na twarzy Karola, weźmie go na obchód. Pokaże mu oborę z dziewięcioma krowami, dwa kucyki śpiące w zagrodzie, ogromny sad za domem i coś przykrytego zieloną plandeką na samym końcu posesji.

 

– A to prezent dla mojego Janka, panie Karolu — powie gospodarz, nie kryjąc dumy. – Złoty chłopak, należy mu się — doda z radością i jednym ruchem zdejmie płachtę jak czarodziej. Karol padnie na kolana, a jego plecy pokryją się zimnym potem. Powłóczając nogami, wróci do ogniska. Rzuci się na radyjko jak tonący na brzytwę. 100 MHz.

III

Lola nie uspokaja roztrzęsionego autostopowicza. O nic nie pyta. Chociaż patrzy na drogę, wie, że po jego policzkach turlają się łzy. Taki jest kolejny, najważniejszy etap ich wspólnej podróży. 


– Czy to twoje radio może przenieść mnie do mojego dzieciństwa? – mówi, ciągle płacząc. – Wszystko zrobiłbym inaczej. Nie zostawiłbym rodziców, cieszyłbym… 

Lola nie pozwala mu skończyć wyliczanki. – Zostaw przeszłość Karolu. Nawet bogowie nie potrafią jej zmienić. Zarzuć wędkę na teraz, a złapiesz przyszłość. Janek tam czeka.


Karol zapiął kurtkę nie dlatego że zrobiło mu się zimno. Był gotowy na Poznań.