To historia o przyjaźni, która przydarzała się na starość. A może wcale się nie przydarzała?
Marek Przybysz, przystojny, wysoki mężczyzna o jasnoniebieskich oczach, kończy dziś 77 lat. Urodzin nie świętuje. Wstaje jak zwykle skoro świt. Pije na czczo pół szklanki gorącej wody, żeby rozruszać żołądek i włącza radyjko wciśnięte w szparę między lodówką a pustą szafką na talerze. Nie lubi golić się w ciszy, zawsze się wtedy zatnie.
Palce powykręcane przez czas z trudem utrzymują maszynkę. Ostrza niepewnie suną po białej mazi, zbierając symboliczne żniwo. Używa wody kolońskiej o mocnym, świdrującym zapachu, tej samej co dziadek i ojciec. Nie chciałby dożyć momentu, w którym przestaną ją produkować.
5:45. Poranna toaleta zakończona. Jeszcze tylko śniadanie (kanapka z masłem i pomidorem), espresso z włoskiej kawiarki, przyodziewek (chyba nikt poza Markiem już tak nie mówi), sprawdzenie wszystkich kurków w kuchni, domknięcie okien i dokręcenie trzech kranów.
Marek mieszka sam na parterze czteropiętrowej kamienicy w centrum miasta. Te kilkadziesiąt metrów kwadratowych to jego królestwo, oaza spokoju. W sypialni mieści się wielkie, drewniane łoże małżeńskie i komoda z lat 60. W kuchni dębowy stół z czterema rattanowymi krzesłami, stara, nieawaryjna lodówka, kilka szafek i kuchenka gazowa. W łazience żeliwna wolnostojąca wanna, zielona umywalka, złote baterie, lustro w grubej, stalowej ramie. W salonie gigantyczny regał szczelnie wypełniony książkami (Marek jest niezdiagnozowanym bibliofilem), ogromny, zielony fotel z podnóżkiem, łukowa lampa stojąca i ręcznie robiony egipski dywan. Pięknie, klimatycznie, ze smakiem.
Kwadrans po szóstej Marek wychodzi do pracy, tej samej od 50 lat. Każdego, kto zasugeruje mu przejście na emeryturę, wbije wzrokiem w ziemię.
Zakład optyczny „Marek Przybysz” znajduje się na rogu ulic Twardowskiej i Włóczków. Nie jest ani nowoczesny, ani minimalistyczny, ani przestronny, czyli nie jest taki śliczniutki jak te wszystkie współczesne salony. Nie licząc wizytówki w Google’ach z nieaktualnym numerem telefonu i niepełnym adresem, „Marka” nie ma w internecie. Jak to więc możliwe, że ten biznes jeszcze się kręci?
Markowej marki nie budował żaden młody rzutki specjalista ds. stylizacji i kreowania wizerunku. Mężczyzna nigdy nie zastanawiał się nad tym, jak odbierają go ludzie. Zamiast tego ciężko pracował, najpierw pod okiem ojca, potem w pojedynkę (ojciec zmarł na raka w wieku 64 lat). Nigdy nie zatrudniał asystentów. Jakby to powiedzieli marketingowcy, zawsze „dowozi”.
Marek nie tylko jest autentyczny, serdeczny, pomocny, godny zaufania, solidny, ale ma coś, czego nie da się kupić za żadne pieniądze ani nauczyć — ponadprzeciętną intuicję i świetne wyczucie stylu. Klient nie zdąży mrugnąć, a on już wie, który model będzie dla niego idealny. Interesant przymierza tylko jedną (j e d n ą) parę okularów i od razu podejmuje decyzję o zakupie. „Bo lepszych bryli nie znajdzie”. Trudno to pojąć. Jest w tym coś z magii. Tak samo, jak w prywatnym życiu, w pracy Marek stawia na klasykę. Czy śledzi trendy? Wcale. Towar zamawia „na czuja”, tak samo, jak „na czuja” projektuje witrynę. Zakład otwiera o 9:00 (co do sekundy). Wcześniej sprząta, włącza kasę i przy drugiej kawie robi prasówkę. Nigdzie się nie śpieszy.
Optyk nie ma zbyt wielu przyjaciół, przynajmniej nie na tym świecie. Genek dostał rozległego wylewu krwi do mózgu i zmarł w drodze do szpitala. Mówi się, że jeśli zmarły przeleży przez niedzielę, to pociągnie kogoś za sobą. Genek właśnie przeleżał i pociągnął za sobą Zuzannę, mimo że lekarz upierał się, że zabiła ją nieleczona cukrzyca. Cała trójka znała się od kołyski. Wychowało ich to samo podwórko. A Lusia, jego ukochana żona? Zmarła 15 lat temu. Do ostatniej chwili łudził się, że to złośliwe raczysko, które zagnieździło się w jej płucach, złagodnieje. Regularnie obrażał się na nią za te papierosy. Błagał ją, żeby rzuciła je w cholerę albo przynajmniej ograniczyła. Paliła jak smok, dopóki, dopóty mogła samodzielnie oddychać. W domu prawie wszystko było „lusiowe”, ale Markowi to nie przeszkadzało. Lubił czuć ją w rzeczach.
Jeszcze tylko dwa zamówienia i zamyka. Dochodzi 17:00. W drodze powrotnej wstąpi do supermarketu po woreczek kaszy gryczanej, pół kilograma ogórków szklarniowych i jogurt naturalny. Ma ochotę na mizerię, jajko sadzone i gałkę hreczanej. Kiedy stoi w kolejce, ktoś kładzie mu rękę na ramieniu. Od razu się odwraca.
Nie zna tej kobiety, nawet z widzenia. Nieznajoma uśmiecha się szeroko, pokazując zęby: „Dzień dobry”. Marek z grzeczności odpowiada. Nie wie, co myśleć, jak ma się zachować. Podjąć rozmowę, czy odwrócić się na pięcie i udawać, że nic się nie stało? Gapią się na siebie bez słowa. Dopiero kasjerka sprowadza ich na ziemię: „Kartą czy gotówką? Potrzeba zrywkę?”. Marek płaci kartą, Ona wybiera gotówkę.
Optyk wychodzi ze sklepu skonfundowany, ale i zaintrygowany. Kto to był? Stara klientka? Miała na sobie okulary, które z całą pewnością mógłby jej doradzić. Z drugiej strony ma pamięć prawie ejdetyczną.
Idzie spać wcześniej niż zwykle. Później niż zwykle wstaje. Zapomina włączyć radyjko w kuchni. Zacina się aż w trzech miejscach: na brodzie, pod policzkiem i nad górną wargą. Ulubiona kawa mu nie smakuje. Upewnia się, czy w pudełku, w którym przechowuje ziarna, nie ma jakiejś dziury. Ubiera się. Nie sprawdza kurków, okien ani kranów. Wciąż słyszy to „Dzień dobry”. Ta kobieta mogła mieć ze 40 lat. Perfekcyjny makijaż, idealnie zaróżowione policzki, karmazynowe usta, ciemne, długie włosy upięte w idealny kok, ponadczasowa czarna sukienka, naszyjnik z bursztynu. Elegantka. Dama, jakich dziś z latarką szukać. Ta oliwkowa skóra pachnąca ciepłym letnim deszczem. To mądre spojrzenie skrywające jakąś tajemnice.
Wtorek minął Markowi nawet zwyczajnie, chociaż po raz pierwszy w życiu otworzył zakład z lekkim opóźnieniem. Druga kawa, prasówka. 9:35. Wchodzi pierwszy klient. To student prawa z piersią dumnie wypiętą, w ekstrawaganckim meloniku, brązowych spodniach w zieloną kratkę i piaskowych mokasynach z frędzlami. Szuka okularów, które go uzupełnią. Dzień jak co dzień. Marek zdecydowanym krokiem idzie do męskiej gabloty i nagle uświadamia sobie, że nie ma pojęcia, po które bryle sięgnąć. Widzi ją w jednym z czterech ściennych luster. Stoi przed witryną dłuższą chwilę, ale nie wchodzi do środka. Zupełnie jakby jakaś zewnętrzna siła pchnęła ją w dalszą drogę. Marka zalała fala gorąca.
Tymczasem przyszły mecenas zaczyna się niecierpliwić. Na szczęście Marek trzeźwieje i dobiera studentowi okulary… za trzecim podejściem. Jest wystraszony, zdezorientowany, zawiedziony, ale wszystkie te emocje razem wzięte nie są nawet w połowie tak silne, jak ekscytacja, którą wywołuje w nim myśl o ponownym, przypadkowym spotkaniu z Nią.
Uporządkowane, poukładane, przewidywalne, bezpieczne. Takie było życie Marka jeszcze dwa dni temu. To prawda, że jedno wydarzenie, przypadkowe lub nie, może wywrócić wszystko do góry nogami. Optyk całymi dniami buja w obłokach, zawala pracę, spóźnia się, myli się w obliczeniach. Nie odbiera nawet telefonów od swoich jedynych już kuzynów, Janka i Franka, siedemdziesięcioletnich, bliźniaków jednojajowych mieszkających nad morzem.
To oni znajdą go nad ranem na ławce przy Dworcu, uśmiechniętego od ucha do ucha, z bukietem herbacianych róż obwiązanych muślinową wstążką. Będzie miał na sobie odświętny garnitur, idealnie uprasowaną koszulę i pantofle o lśniących noskach. Minie kilka minut, zanim zbiorą się na odwagę i podejdą zapytać, na kogo czeka. Ale to zdarzy się dopiero za 3 tygodnie. Do czego czasu, Marek nie tylko spotka jeszcze raz Damę w supermarkecie, ale zaprosi ją do siebie i to wiele razy. A to na partyjkę szachów, a to na wspólne słuchanie „lusiowych” winyli (zostawiła po sobie imponującą kolekcję).
Pożyczy jej Dostojewskiego, potem Nałkowską, Brunona Schulza. Wybiorą się razem do teatru na interaktywną, nowoczesną sztukę, która wcale im się nie spodoba. Stworzą swój mikrokosmos, wstrzymają Ziemię, ruszą siebie. Zapomną o bożym świecie. Ona będzie jego serca biciem. Kiedy Znajoma wyjedzie na weekend do rodziny do Olsztyna, Marek będzie odliczał sekundy do jej powrotu.
Wyjdzie po nią na dworzec z różami, odziany w gajer i pantofle na drewnianej podeszwie. Ogoli się przy radiu, żeby się nie zaciąć. Kiedy pociąg wjedzie na stację, jego życie na powrót (chyba nikt poza Markiem już tak nie mówi) nabierze kolorów. Tylko Janek i Franek będą wpatrywać się w drogiego kuzyna przytulającego powietrze — oniemiali i przerażeni.
~
Podobno Anita wcale nie wygląda na swój wiek. Ludzie dają jej co najwyżej 42 lata, a ma 51. Wzrost odziedziczyła po babci Zosi a ciemne, gęste włosy i oliwkową skórę po dziadku Edku. Lubi czarne, proste sukienki z koronkowymi wstawkami. Uważa, że są eleganckie i ponadczasowe (Marek nie potrafi się z nią nie zgodzić). W szafie ma też kilka lnianych garniturów i kombinezonów. Codziennie zakłada swój bursztynowy naszyjnik od Zenona, jej niedoszłego męża, który zginął w wypadku samochodowym w drodze powrotnej z cukierni. Tydzień przed ślubem. Pojechał do cukierni Chruścik po świeżutkie kremówki dla swojej ukochanej. Anita już nigdy nie zje ani jednej.
~
A co, jeśli tak naprawdę nie istniejesz i jesteś czyjąś halucynacją?
A co, jeśli jesteś „tylko” czyimś serca biciem?